Trauma z dzieciństwa wybiera za nas partnerów w dorosłym życiu.

Trauma z dzieciństwa bardzo rzadko zostaje w przeszłości, najczęściej zamieszkuje w ciele, w przekonaniach, w nieświadomych odruchach i powoli, krok po kroku, zaczyna pisać scenariusz dorosłego życia, również tego uczuciowego. Kiedy dorastamy, wydaje się, że wybieramy partnerów na podstawie tego, co świadomie uważamy za atrakcyjne, rozsądne czy romantyczne, lecz pod powierzchnią dzieje się coś dużo bardziej skomplikowanego. Psychika próbuje domknąć stare historie, uleczyć rany, naprawić to, czego nie dało się naprawić, dlatego w dorosłych relacjach odruchowo szukamy znajomej energii, nawet jeśli ta energia jest bolesna, pełna chłodu, krytyki, lęku lub chaosu. Człowiek wychowany w atmosferze odrzucenia często nieświadomie przyciąga partnerów emocjonalnie niedostępnych, osoba dorastająca w cieniu przemocowych wybuchów bywa dziwnie uspokojona przy kimś, kto również emanuje agresją, a ktoś, kto całe życie musiał zabiegać o uwagę, może uznać za fascynującego kogoś, kto jest wiecznie zajęty, wymagający i kapryśny. Wewnętrzne dziecko rozpoznaje znajomy klimat, nazywa go miłością i pcha nas w ramiona ludzi, którzy bardziej przypominają nasze najwcześniejsze doświadczenia niż nasze prawdziwe potrzeby.

Trauma z dzieciństwa nie jest jedynie zbiorem smutnych wspomnień, które można odłożyć na półkę. To sposób, w jaki mózg nauczył się czytać rzeczywistość, katalog przekonań na temat samego siebie oraz innych ludzi, zapis w ciele mówiący, co jest bezpieczne, a co nie, nawet jeśli obiektywnie wygląda to odwrotnie. Dziecko, które dorasta w domu pełnym napięcia, rozwija w sobie czujność i nadwrażliwość na najmniejsze sygnały emocjonalne, a później w dorosłości może mylić ten stan podwyższonej gotowości z zakochaniem, ekscytacją lub namiętnością. Osoba wychowana w rodzinie, gdzie uczucia były bagatelizowane, uczy się, że bliskość równa się kontrola lub problem, dlatego w późniejszych związkach będzie podświadomie wybierać ludzi zdystansowanych, którzy nie będą naciskać na szczerość czy wzajemne odsłanianie się, a jeśli trafi na partnera prawdziwie ciepłego i stabilnego, może poczuć nudę lub niepokój, jakby brak dramatu oznaczał brak sensu. W ten sposób trauma staje się filtrem, który wybiera za nas i przesuwa w cień to, co mogłoby być naprawdę dobre, a wyostrza to, co jest znajome, choć raniące.

W psychologii relacji często mówi się, że zakochujemy się w tym, co znane, a nie w tym, co zdrowe. Nieświadomie dążymy do powtórzenia historii z dzieciństwa po to, aby wreszcie napisać inne zakończenie, lecz w praktyce, bez samoświadomości, odgrywamy te same schematy z innymi twarzami. Ktoś, kto w dzieciństwie był ignorowany, w dorosłości może idealizować partnera, który z początku wydaje się czuły, a potem zaczyna znikać, odsuwać się, przestawać pisać i dzwonić, a każdy sygnał oddalenia budzi desperacką potrzebę udowodnienia własnej wartości, naprawienia czegokolwiek, udowodnienia, że już tym razem nie zostaniemy porzuceni. Tak rodzą się relacje, w których jedna strona ciągle goni, a druga ciągle ucieka, gdzie bliskość miesza się z lękiem, a miłość z kontrolą, a za tym wszystkim stoi dawna, niewysłuchana historia małego człowieka, który chciał tylko być widziany, wysłuchany i przyjęty takim, jaki jest.

Trauma bardzo sprytnie ukrywa się pod maską normy, dlatego osoba, która doświadczyła krzywd, często mówi, że o niczym szczególnym nie pamięta, że w jej domu było po prostu surowo, że rodzice byli wymagający, że bywało nerwowo, lecz przecież inni mieli gorzej. To bagatelizowanie staje się mechanizmem obronnym, ale też furtką, przez którą wchodzą kolejne, dorosłe powtórki tamtych doświadczeń. Kiedy słyszymy, że ktoś wciąż trafia na agresywnych partnerów, osoby uzależnione lub skrajnie roszczeniowe, łatwo jest ocenić, że ma po prostu kiepskie szczęście, tymczasem w głębi serca działa mechanizm znany z psychologii jako przymus powtarzania. Psychika wybiera znane piekło zamiast nieznanego nieba, ponieważ to piekło da się przewidzieć, a wszystko, co przewidywalne, wydaje się bezpieczniejsze niż to, co nowe. Dopóki człowiek nie zajrzy do własnych wzorców, nie zrozumie, dlaczego określone zachowania go przyciągają, a inne zniechęcają, dopóty trauma będzie po cichu siedziała przy stole, kiedy zakochujemy się, podejmujemy decyzje, wchodzimy w małżeństwo lub je kończymy.

Kluczowym etapem wyjścia z tych schematów jest samopoznanie, nie jako modne hasło z internetu, lecz jako odważny proces spotkania się ze swoim wnętrzem, ze wszystkimi emocjami, które do tej pory były spychane na margines, wyśmiewane albo zakazywane. Świadome przyglądanie się temu, co czujemy przy konkretnych osobach, jakie myśli pojawiają się w trakcie konfliktu, jakie lęki budzi bliskość czy zobowiązanie, pozwala stopniowo oddzielać własne autentyczne potrzeby od dawnych lęków i nawyków. Osoba, która zadaje sobie pytanie, dlaczego to właśnie ten typ partnera ją ekscytuje, dlaczego to właśnie przy tej mieszance chłodu i czułości odczuwa najsilniejsze emocje, zaczyna dostrzegać, że zakochuje się wielokrotnie w podobnym wzorcu, tylko w innym opakowaniu. Świadomość tego faktu nie jest jeszcze uzdrowieniem, lecz otwiera drzwi do decyzji, aby przestać ufać jedynie chemii i zaufaniu do pierwszego impulsu, a zacząć włączać refleksję, uważność i odpowiedzialność za własny dobrostan.

Samopoznanie w kontekście relacji oznacza także odwagę przyznania, że to, co nazywam miłością, bywa czasem po prostu strachem przed samotnością lub przywiązaniem do dramatycznych wzlotów i upadków, które od dzieciństwa były jedyną znaną formą bliskości. Kiedy człowiek zaczyna rozumieć, że jego ciało reaguje na chaos przyspieszonym biciem serca, a ten fizyczny stan bywa mylony z zakochaniem, pojawia się przestrzeń, aby świadomie wybierać inaczej. Uczenie się, jak wygląda spokój w relacji, jak brzmi szacunek w codziennych rozmowach, jak się czuje ciało, kiedy naprawdę czuje się bezpieczne, to proces przebudowy wewnętrznego kompasu, który od lat wskazywał w stronę znajomej krzywdy. Samopoznanie nie jest tylko analizą przeszłości, jest także codzienną praktyką sprawdzania, czy to, w co wchodzę, naprawdę jest zgodne z moimi wartościami i granicami, czy jest jedynie kontynuacją starego scenariusza.

W filozofii flondrianizmu, która stawia w centrum człowieka świadomego, zintegrowanego i odpowiedzialnego za własne wybory, relacje uczuciowe i wybór partnera nie są ślepym losem ani przeznaczeniem, lecz konsekwencją stanu wewnętrznego świata. Flondrianizm zakłada, że człowiek posiada prawo i obowiązek kształtowania swojego życia z poziomu wibracji, myśli i decyzji, zamiast biernego poddawania się temu, co przynosi otoczenie, tradycja czy rodzinne scenariusze. Osoba żyjąca w duchu tej filozofii nie powtarza bezrefleksyjnie przekonań o tym, że trzeba cierpieć w imię miłości, że lepiej być w byle jakim związku niż samemu, że kobieta musi poświęcać się do granic swoich możliwości, aby zasłużyć na uwagę mężczyzny, albo że mężczyzna musi być twardy i emocjonalnie zamrożony, aby zasłużyć na szacunek. Zamiast tego zaczyna zadawać sobie pytanie o to, jakie wibracje wysyła w świat, co tak naprawdę uważa o sobie, ile wartości przypisuje własnym emocjom i potrzebom. Flondrianizm zachęca, aby wybór partnera był efektem wewnętrznej dojrzałości, a nie ucieczką przed pustką, nakazem społecznym czy reakcją na stare rany, a także, aby zamiast szukać zbawcy na zewnątrz, stać się dla siebie najpierw bezpiecznym domem, z którego dopiero wyrusza się do innych ludzi.

Refleksyjne podejście do własnej historii sprawia, że zaczynamy dostrzegać ukryte wzorce w pozornie przypadkowych wydarzeniach. Kiedy osoba po raz kolejny kończy w relacji, w której musi ratować partnera, spłacać jego długi, znosić jego uzależnienia lub kosztem siebie opiekować się jego emocjami, warto zadać sobie pytanie, w jakiej roli czuła się najbardziej potrzebna jako dziecko, być może to właśnie nadodpowiedzialność była jedynym sposobem na zauważenie, może to dzięki opiekowaniu się dorosłymi mogła poczuć się ważna. W dorosłości ten sam schemat przyciąga osoby, które wydają się kruche, wymagające ratunku, zagubione bez przewodnika. Trauma z dzieciństwa uczy, że zasługuję na miłość wtedy, kiedy ratuję, poświęcam się, znoszę, wybaczam i usprawiedliwiam, dlatego zdrowy, samodzielny partner może wydawać się kimś obcym, niewymagającym, wręcz nudnym. Dopiero uświadomienie sobie tego mechanizmu pozwala stopniowo zmieniać definicję miłości z poświęcania siebie na rzecz wzajemności, na partnerstwo, w którym obecność drugiej osoby nie jest nagrodą za cierpienie, lecz naturalnym przepływem pomiędzy dwiema autonomicznymi jednostkami.

Trauma nie tylko wybiera za nas partnerów, lecz także podpowiada, jak się wobec nich zachowujemy. Ktoś wychowany w domu, gdzie emocje były karane, może w dorosłej relacji zamieniać każdą trudniejszą rozmowę w milczenie, ucieczkę lub atak, co z kolei przyciąga osoby, które nie potrafią rozmawiać o uczuciach i czują się bezpiecznie jedynie w schemacie kłótni lub obojętności. Ktoś, komu w dzieciństwie nie wolno było mieć własnego zdania, w dorosłych związkach może odruchowo zgadzać się na wszystko, a potem eksplodować frustracją, kiedy granice zostaną przekroczone, co z kolei potwierdza w nim przekonanie, że lepiej nic nie czuć i o nic nie prosić. Dopóki nie zobaczymy, że te reakcje są śladami przeszłości, łatwo o błędne wnioski, że miłość jest zawsze polem walki, że bliskość równa się utracie siebie, że wszystkie związki wyglądają podobnie.

Samopoznanie w praktyce nie musi oznaczać wyłącznie wieloletniej terapii, choć praca z psychologiem lub psychoterapeutą bywa niezwykle pomocna. To również codzienne mikrodecyzje, aby zatrzymać się i zapytać siebie, skąd tak naprawdę biorą się moje emocje. Zamiast pytać, dlaczego mam takie nieszczęście do ludzi, można zacząć pytać, dlaczego wchodzę w dynamikę, w której czuję się mały i zależny, dlaczego najbardziej kuszący jest dla mnie ktoś trudno dostępny, dlaczego spokojna, czuła obecność wydaje się podejrzana. Takie pytania nie są oskarżeniem wobec siebie, są przejęciem odpowiedzialności za to, co mogę zmienić. Człowiek, który zaczyna rozumieć własne reakcje i wzorce, przestaje widzieć los jako kapryśnego reżysera, a zaczyna widzieć, że jego wewnętrzne ustawienia niczym magnes przyciągają określone scenariusze.

Świadomość tego przyciągania nie ma służyć obwinianiu siebie za każdą trudną relację, lecz staniu się współautorem opowieści, w której trauma nie jest już jedynym scenarzystą. Kiedy rozumiemy, że dziecko w nas wciąż próbuje dopisać sobie szczęśliwe zakończenie, możemy zacząć odpowiadać na jego potrzeby w bardziej dojrzały sposób. Zamiast szukać rodzica w partnerze, uczymy się być własnym opiekunem, który stawia granice, dba o odpoczynek, pozwala na emocje i nie zgadza się na przemoc. Wtedy wybór partnera przestaje być desperacką próbą wypełnienia wewnętrznej pustki, a staje się świadomą decyzją osoby, która zna swoją wartość i nie myli bólu z miłością. Człowiek w takim procesie przestaje traktować trudne wydarzenia jak karę, a zaczyna widzieć w nich lustro dla swoich wewnętrznych przekonań, co nie oznacza, że akceptuje krzywdę, tylko rozumie, że może zmienić sposób, w jaki reaguje i jakie relacje podtrzymuje.

Zrozumienie, że przyciągamy do siebie nie tylko ludzi, lecz także sytuacje odzwierciedlające nasze głębokie przekonania, ma ogromną moc wyzwalającą. Jeśli w podświadomości działa zapis, że nie zasługuję na nic wielkiego, że jestem trudny do kochania, że zawsze muszę być tą silną stroną, która sobie radzi, w życiu pojawiają się takie relacje, które dokładnie to potwierdzają. Kiedy zaczynamy świadomie pracować nad zmianą narracji wewnętrznej, nad budowaniem szacunku do siebie, nad daniem sobie prawa do odpoczynku i słabości, pole magnetyczne naszych relacji powoli się zmienia. Bywa, że w pierwszym momencie oznacza to samotność, odejście z relacji, które już nie pasują do nowego poziomu świadomości, lecz po tym etapie oczyszczania pojawia się przestrzeń na ludzi, z którymi można budować więź bez konieczności odgrywania roli ofiary, wybawcy czy kata.

Człowiek, który dąży do samopoznania i zrozumienia siebie, przestaje pytać, dlaczego świat jest przeciwko niemu, a zaczyna badać, jakie jego własne przekonania i emocje przyciągają określone doświadczenia. W kontekście związków oznacza to gotowość do przyjrzenia się swoim lękom przed porzuceniem, swoim schematom ucieczki, swojemu stosunkowi do konfliktu i bliskości. Taka osoba wie, że trauma z dzieciństwa mogła przez lata wybierać za nią partnerów, lecz nie musi już dłużej oddawać jej sterów. Gdy dojrzewa świadomość, że każdy wybór relacji jest jednocześnie wyborem dla siebie lub przeciwko sobie, pojawia się odwaga, aby powiedzieć sobie prawdę o tym, jak chcę być kochana lub kochany i jak chcę kochać. Wtedy partner przestaje być lekarstwem na stare rany, a staje się świadomym towarzyszem drogi osoby, która zna swoją historię, nie wypiera jej, lecz też nie pozwala, aby tylko ona decydowała o przyszłości.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dlaczego kobiety zakochują się w potencjale, a mężczyźni w iluzji? O pułapkach projekcji w miłości.

Kocham cię… ale zdradzam. Brutalna prawda o ludzkiej naturze.

Choroby nie są przypadkiem – flondriańska prawda o uzdrawianiu.